ROZDZIAŁ II

Książka autorstwa ks Ligi Villa
pt "PAWEŁ VI błogosławiony?
Wydanej w języku polskim
przez wydawnictwo ANTYK

 

JEGO „OTWARTOŚĆ NA ŚWIAT"

 

 Stało się tedy jasne, że „nowa religia" Pawła VI zerwała z przeszłością:

„Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią człowieka, który uczynił siebie bogiem"[1].

Wytworzyła się „osmoza" między Kościołem a światem[2].

A przecież Apostoł Jan napisał, że „cały świat leży w mocy złego"[3]! Jezus zaś rzekł: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie"[4].

Także Leon XIII w swej encyklice „Humanum Genus" stwierdził:

 

„Rodzaj ludzki jest podzielony na dwa wrogie obozy (...), z których jeden walczy nieustannie w obronie prawdy i cnoty, drugi zaś broni tego, co się cnocie i prawdzie sprzeciwia. Pierwszym z tych obozów jest Królestwo Boże na ziemi, tj. prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa. Drugi zaś królestwem jest Szatana"[5].

Jednak Paweł VI przez cały swój pontyfikat starał się pogodzić te dwie niemożliwe do pogodzenia z sobą rzeczy - stąd tak liczne sprzeczności i dwuznaczności, za którymi stoi jego... umiłowanie świata!

„Zapewne słyszeliśmy o surowości, z jaką Święci traktowali zło obecne w świecie. Zresztą wielu jest obeznanych z dziełami poświęconymi ascezie, gdzie zawarty jest generalny, krytyczny osąd ziemskiego zepsucia. Ale pewne jest również to, że obecnie żyjemy w innym klimacie duchowym, a zarazem jesteśmy zachęceni, zwłaszcza przez ostatni Sobór, do spoglądania na współczesny świat z optymizmem, dostrzegając jego wartości, jego zdobycze... Słynna konstytucja „Gaudium et Spes" stanowi w całości zachętę do zajęcia takiej nowej duchowej postawy"[6].

 

Te słowa Pawła VI zdają się być wyraźną zachętą do zrezygnowania z „surowości Świętych", zarzucenia „dzieł poświęconych ascezie" na rzecz tej „nowej duchowej postawy", charakteryzującej się patrzeniem na świat z optymizmem. W gruncie rzeczy zaś... zachętą do tego, by wydać pozytywny osąd na temat „ziemskiego zepsucia", jako że „obecnie żyjemy w innym klimacie duchowym"!

A zatem dominującym wyznacznikiem mentalności Pawła VI była „otwartość na świat". Można to także wykazać studiując materiały „Międzynarodowego Kolokwium" zorganizowanego przez Instytut Pawła VI w Brescii [7].

Zagajając obrady Kardynał Poupard przypomniał wówczas „pytanie", jakie zadawał sobie Paweł VI:

"Jaką samoświadomość wykształcił w sobie Kościół po dwudziestu wiekach swej historii, zgromadziwszy tak liczne doświadczenia, dysponując takim dorobkiem badań, studiów?"

A oto zwięzła odpowiedź udzielona przez samego Montiniego:

„Kościół jest komunią. Jest obcowaniem Świętych".

 

„Otóż wydaje mi się - ciągnął dalej kard. Poupard - że właśnie owa globalna wizja Kościoła ujmowanego jako „tajemnica komunii" stanowi szczególny wkład Pawła VI w Sobór Watykański II i w jego „Magna Charta", jaką jest konstytucja dogmatyczna „Lumen Gentium". Oryginalnym wkładem papieża Montiniego było zaproponowanie syntezy teologicznej oraz nadanie kulturalnej formy planowi Jana XXIII - Kościoła dostosowanego do współczesności i 'odnowionego' tak w swojej duchowości, jak i w swym dynamizmie misjonarskim".

Nadzwyczajny synod poświęcony Soborowi podkreślił również w swych wnioskach, iż „w dokumentach soborowych eklezjologia komunii stanowi ideę centralną i zasadniczą" oraz że „nie może ona być zredukowana do kwestii czysto organizacyjnych czy też związanych z zakresami władzy".

„Toteż - podkreślił w dalszej części swego wystąpienia kard. Poupard - powinna ona upowszechnić w Kościele określony 'styl komunii' na wszystkich szczeblach: między wiernymi a księżmi, między księżmi a biskupami, między biskupami a papieżem. Z kolei dla Kościoła 'ad extra' ów styl komunii, którego wyznacznikami są otwartość, szacunek i zrozumienie, będzie oznaczał w coraz większym stopniu oddziaływanie Kościoła na wszystkie kultury i na wszystkich ludzi, także tych niewierzących".

Dodajmy, że podczas tego samego kolokwium Jean Pierre Torrell z Uniwersytetu we Fryburgu oznajmił, że „Kościół definiuje się jako wcielenie, które trwa w czasie, oraz jako komunia".

Jak wynika z powyższych wypowiedzi, papież Montini przejawiał otwartość na podlegający nieustannej ewolucji świat ( = relatywizm); pragnął on nowego pojmowania Kościoła jako „komunii" między wszystkimi ludźmi wewnątrz Kościoła, lecz nadto ze wszystkimi, którzy pozostają na zewnątrz.

Oto, na czym polega „oryginalny wkład" w Vaticanum II, jaki dostrzegł kard. Poupard u Pawła VI - tym samym ukazując go jako rzecznika neomodernizmu.

Co również wielce interesujące, kardynał przypomniał, iż Montini był świetnie obeznany z kulturą francuską, która przecież walnie przyczyniła się do stworzenia takiej wizji „Kościoła". Miał on studiować dzieła de Lubaca, m.in. „Medytacje o Kościele", Hamera „Kościół jest komunią", Congara „Prawdziwa i fałszywa reforma Kościoła", Maritaina „Kościół Chrystusa" etc.

A zatem owa „nowa eklezjologia" została zaimportowana z Francji! To nie dziwi aż tak bardzo w przypadku Montiniego, który miał słabe przygotowanie teologiczne (nigdy nie uczęszczał regularnie na wykłady ani z filozofii, ani z teologii!). Pasowała też „jak ulał" do jego modernistycznej umysłowości, nasiąkłej owymi ideami dużo wcześniej, gdyż był on częstym gościem w salonie Tommaso Gallaratiego Scottiego, niestrudzonego krzewiciela modernizmu we Włoszech. Skądinąd szczególnie cenionymi przez Montiniego myślicielami byli m.in.: Maritain z jego socjalizującą koncepcją, Bernanos, który w czasie wojny domowej w Hiszpanii wystąpił jako obrońca „międzynarodowych brygad" (mimo iż wiedział o demolowaniu kościołów i o rzezi dokonanej na tysiącach biskupów, księży, zakonników i zakonnic!) czy de Lubac z jego katolicyzmem zredukowanym do zwykłego „humanizmu". Ten dobór autorów najlepiej pokazuje, że Montini, od początków swej drogi kapłańskiej aż po papiestwo, był niezwykle konsekwentny w swoich intelektualnych upodobaniach[8].

Zaiste, dla Pawła VI „Eklezjologia komunii" była jakby „wcieleniem, które trwa w czasie"... czyli ciągłą ewolucją, obejmującą wszystkich członków Kościoła jak również tych, którzy pozostają na zewnątrz. To ta koncepcja „Kościoła-Komunii" była owym „oryginalnym wkładem", przypisywanym Pawłowi VI. Cóż, trudno oprzeć się wrażeniu, że nigdy nie było tak mało „komunii", jak właśnie dziś, pomimo mówienia o niej bez ustanku! „Często w tych świętych i cudownych słowach pojawia się ton fałszywy, a w każdym razie ambiwalentny, co wskazuje na nazbyt łatwe, a w konsekwencji tendencyjne posługiwanie się nimi. Również sama 'komunia' jest dziś przedmiotem polemiki. Zaczęła ona służyć sprawie, dla której nie została stworzona, ba! - względem której pozostaje w sprzeczności. Są też 'teoretycy' owej komunii: ci, którzy odróżniają ją od wspólnoty; ci, którzy starają się tworzyć ją od podstaw; ci, którzy próbują ukazywać wspólnotę jako cel komunii, i vice versa"[9].

Najbardziej jasno i klarownie wypowiedział się o owym „Kościele-Komunii", czyli o tej „nowej eklezjologii", kard. Ratzinger - a uczynił to w swoim „Raporcie o stanie wiary", w rozdziale zatytułowanym „Pewna idea Kościoła leżąca u źródeł kryzysu"[10]. Pisze on:

„Mam poczucie, że niepostrzeżenie gubi się autentyczny, katolicki sens tej rzeczywistości, jaką jest Kościół, chociaż się jej otwarcie nie odrzuca".

 

Czy na tym więc polega „oryginalny wkład" papieża Montiniego w dzieło Soboru? Na zamazaniu tajemnicy, która tkwi w komunii (podobnie, jak uczynił Loisy, ojciec modernizmu,  w pracy zatytułowanej  „Wokół książeczki") - mimo udawania, że się odrzuca tezy Harnacka?

„Błędnym jest owo pojęcie 'Kościoła-Komunii - pisze dalej kard. Ratzinger. Jest to błąd, który w praktyce doprowadził do zanegowania autentycznego pojęcia 'posłuszeństwa' poprzez odrzucenie idei zwierzchności otrzymującej swą legitymizację od Boga".

Wreszcie kardynał konkluduje:

„Prawdziwa reforma (czyli 'odnowa') nie oznacza prób wznoszenia nowej fasady (wbrew temu, co sądzą niektórzy eklezjolodzy!); prawdziwa REFORMA polega na dążeniu do tego, by w maksymalnym stopniu to, co nasze, zniknęło, aby tym wyraźniej ukazało się to, co Jego - czyli Chrystusa. Jest to prawda, która była dobrze znana Świętym, tym, którzy głęboko zreformowali Kościół, nie tworząc planów nowych struktur, lecz 'reformując' samych siebie"[11].

 

Jest to dokładna odwrotność tego, co zrobił Paweł VI, który arbitralnie wprowadził „nowe struktury" odpowiadające pewnej chimerycznej koncepcji, a które zastąpiły „ustrój" zgodny z wolą samego Jezusa, nakreślony na kartach Ewangelii. Nie warto nawet zastanawiać się nad tym, co Paweł VI rozumiał pod pojęciem „świat", gdyż z pewnością nie rozumiał pod nim materialnego wszechświata, z jego niebem, ziemią, roślinami i zwierzętami, lecz raczej ludzi z ich sposobem myślenia, obyczajami i praktyką życiową. A zatem jego „otwartość na świat" mogła odnosić się wyłącznie do tego, co w Nowym Testamencie, a zwłaszcza u św. Pawła i św. Jana oraz w całej literaturze patrystycznej i w pismach wszystkich Świętych ma znaczenie pejoratywne. U nich świat jest, jak wiemy, „królowaniem grzechu", co przeciwstawiane jest „królowaniu Boga"; tym samym „duch świata" stoi w opozycji do „Ducha Boga"[12], zaś „żywioły świata" „potęgami" pętającymi człowieka pogrążonego w grzechu[13].

Jeśli więc demon jest „księciem tego świata"[14], Królestwo Jezusa Chrystusa nie może być z tego świata[15], co więcej: Jezus jest przez ten świat znienawidzony![16] Podobnie więc, jak sam Jezus, także chrześcijanin nie jest z tego świata, gdyż mieszka w nim Duch prawdy, którego świat nie może przyjąć[17].

To dlatego w swoim Pierwszym Liście św. Jan Ewangelista zwraca się do chrześcijan tymi słowy: „Piszę do was, dzieci... Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość. Kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki"[18].

Podobnie św. Paweł pisze: „Co do mnie, nie daj Boże, bym- miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata"[19].

I mógłbym tak długo cytować - gdyż w Nowym Testamencie „świat" jest terminem ściśle teologicznym: „Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat!"[20]. „Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat; tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara"[21]. Oczywiście wiara nadprzyrodzona. Ten, kto jej nie ma, „kocha świat" i jest przez niego kochany!

Do radykalnego antagonizmu względem świata powraca też kilka razy Jezus w swej modlitwie za Apostołów, zanoszonej do Ojca: „Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata"[22]. A zatem w chrześcijańskim języku teologicznym „otwieranie się na świat" nie może znaczyć nic innego niż „otwieranie się na Szatana - Księcia tego świata".

I to jest tak naprawdę istota modernizmu! To moderniści pragną Kościoła otwartego na świat, wraz z całym dorobkiem humanizmu, przy jednoczesnym lekceważeniu rzeczy nadprzyrodzonych i czynieniu z czterech Ewangelii oraz z całego Nowego Testamentu książki świeckiej, popularnej opowieści, nieomal mitu, gdzie odbija się jedynie stan świadomości pierwszych wspólnot chrześcijańskich. A cóż mamy w takim razie powiedzieć o Pawle VI, którego mentalność była przepojona „klimatem duchowym" zgoła różnym od duchowego klimatu Ewangelii (gdzie czytamy: „Biada światu z powodu zgorszeń!"[23]) i który odżegnywał się od tej „surowości" i od „krytycznych sądów" Chrystusa na temat świata?

Już  otwierając  Drugą  Sesję  Soboru  papież  ten oświadczył:

„Niech świat dowie się, że Kościół patrzy nań z głębokim zrozumieniem, z prawdziwym podziwem i ze pragnie nie tyle go ujarzmić, co służyć mu; nie tyle deprecjonować, co podkreślać jego wartość; nie tyle potępiać, co podtrzymywać go i ratować" .

 

To kolejne stwierdzenia świadczące o sprzeniewierzaniu się swojej misji przez Kościół Chrystusowy, który ma przecież za zadanie nakładać na ludzi żyjących pośród tego świata jarzmo Chrystusa. Poza tym czy jest rolą biskupów i księży „podkreślanie wartości" doczesnych? Ludzie sami z siebie mają pociąg do rzeczy światowych. Tymczasem Pasterze dusz winni głosić naukę „w porę i nie w porę", przypominając, że ziemskie wartości niczym są wobec Boga i wieczności - jak głosił już Apostoł Paweł: „Uznaję wszystko za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa, tego Chrystusa, który powiedział: „Tak więc nikt, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem"[24]„Kościół stara się dostosować do języka, obyczajów, tendencji obecnych u człowieka naszych czasów, zaabsorbowanego tempem rozwoju materialnego i tak czułego na punkcie swojej indywidualności. Takie otwarcie leży w duchu Kościoła..."[48]

 

Paweł VI, przeciwnie, podkreśla:

„Nasze świadectwo jest znakiem postawy Kościoła wobec współczesnego świata: postawy nacechowanej uwagą, zrozumieniem, podziwem i przyjaźnią" [25].

To język diametralnie różny od tego, którym posługiwał się św. Jakub Apostoł: „Czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem?"[26]

Z kolei otwierając IV Sesję Soboru papież Paweł VI rzekł:

Sobór stawia przed Kościołem, przed nami w szczególności, panoramiczną wizję świata; jak może Kościół, jak możemy my sami, czynić coś innego niż dostrzec ten świat i umiłować go? Owo patrzenie na świat będzie jednym z głównych aktów rozpoczynającej się Sesji; [a więc] jeszcze raz i nade wszystko: miłość..."[27]

Słowa te brzmią jak kapitulacja Kościoła przed światem! Pod koniec Vaticanum U tenże sam mówca wyrazi jeszcze górnolotniej swój entuzjazm:

 

„Strumień miłości i uwielbienia przepełnił Sobór i rozlał się na ludzki, nowoczesny świat.. Jego wartości zostały nie tylko uszanowane, ale i uczczone (••); jego wysiłki - podtrzymane; jego aspiracje - oczyszczone i pobłogosławione"[28]

Cóż, również ta „miłość i uwielbienie" do świata, którego wartości Paweł VI pragnie „czcić", kłóci się z Pismem Świętym, gdyż zostało w nim powiedziane: „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca"[29].

Mimo to Paweł VI nie ustawał w wyznawaniu swej miłości do świata. Ba! - pojednanie Kościoła ze światem zaczął ukazywać wręcz jako coś, co przyczynia się do rozwijania i wzbogacania doktryny katolickiej:

 

„Wydał się nam godny odnotowania pewien 'moralny' aspekt Soboru, który moglibyśmy określić jako charakterystyczny (...). Jedna z tych lekcji, które odmieniają nasz sposób myślenia, a co więcej, naszą praktykę, dotyczy tego, jak my, katolicy, powinniśmy patrzeć na świat, w którym żyjemy. Jak Kościół widzi świat dziś? To pole widzenia (...) poszerzył nam Sobór -do tego stopnia, że powoduje to zmianę w ocenie i w postawie, jaką winniśmy przejawiać wobec świata. Doktryna Kościoła wzbogaciła się bowiem o pełniejsze poznanie jego istoty i jego posłannictwa"[30].

A zatem według Pawła VI postawa katolika względem świata powinna ulec zmianie: należy „poszerzyć swoje pole widzenia", pozostawiając z Tradycji tylko jakąś cieniutką politurę. W tym samym przemówieniu oświadczy on:

„...To spotkanie Kościoła ze światem jest utrzymane ramach Ewangelii. Jej podstawowe zasady teologiczne i moralne stanowią tradycyjne wyznaczniki umysłowości chrześcijańskiej. Z drugiej jednak strony Kościół akceptuje i uznaje świat oraz służy takiemu światu, z jakim ma do czynienia dziś. Nie odrzuca dawnych form syntezy Kościół-Świat... Jednak ten Kościół, w Chrystusie i jak sam Chrystus, miłuje dzisiejszy świat, dla niego żyje, przepowiada i działa..."[31].

Z tego, co Paweł VI powiedział już po Soborze, wynika więc, że Kościół dostrzega odwieczny antagonizm między Ewangelią a Światem, ale zarazem widzi potrzenowego podejścia, sprzecznego z tym tradycyjnym, skoro „uznaje świat, miłuje go" oraz „służy takiemu światu, z jakim ma do czynienia dziś".

Wyłania się z tego jakaś dwoista droga, dwie postawy wzajemnie się wykluczające! Cóż, należy przeciwstawić temu kategoryczne słowa Chrystusa: „Nikt nie może dwóm panom służyć"[32]. Czyli: albo się miłuje Jezusa i Jego Ewangelię, albo, wzgardziwszy Jezusem i Jego Ewangelią, będzie się miłowało świat! Paweł VI ciągnie dalej swój wywód:

„Ta postawa (przymierza Kościoła ze światem) winna stać się charakterystyczna we współczesnym Kościele. Tu wykrzesuje się i dobywa ze swojego serca nowe energie apostolskie (!!). Kościół nie ucieka, nie dystansuje się od egzystencjalnej sytuacji świata, lecz włącza się duchowo (...) ze swą cierpliwą i ofiarną miłością... tą miłością, która wszystko wybacza, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko znosi[33]".[34]

 

Oto mamy typowy przykład, jak nie należy posługiwać się Pismem Świętym. Pod płaszczykiem „miłości, która wszystko wybacza, (...) wszystko znosi..." próbuje się stawiać wymóg tolerancji dla występków świata. Nie tak czynił Jezus, gdy uniósłszy się gniewem wykrzykiwał do pysznych i obłudnych faryzeuszy: „Plemię żmijowe!... Groby pobielane!...[35] " Oczywiście, Bóg jest miłosierny względem człowieka, który upada z powodu swojej słabości, by następnie, żałując, podźwignąć się z upadku, ale jest On straszliwy wobec zatwardziałości pysznych i wobec rozwiązłości, jaka jest w świecie!

Tymczasem podczas tej samej audiencji Paweł VI powiedział:

„To wymaga zaś 'innej mentalności', którą możemy określić mianem 'nowej': Kościół prawdziwie dostrzega w rzeczywistości doczesnej jej własne wartości. Uznaje, że jest na tym świecie dobro, które ten urzeczywistnia w rozmaitych dziełach (...), w obszarze myśli i sztuki, jak również to, że [świat] zasługuje na uwielbienie... w swym bycie, swym stawaniu się, na swoim rodzimym gruncie - nawet, jeśli jest to 'ziemia niepoświęcona', jak w przypadku osób świeckich, niewierzących... „Kościół - powiada Sobór -uznaje wszystko, co dobre w społecznej dynamice teraźniejszości[36]".[37]

Wobec tego Kościół powinien stać się neutralny - a w tym celu powinien „wielbić" świat doczesny, świecki, zsekularyzowany. Skoro tak, cóż znaczą dziś bezkompromisowe słowa św. Pawła:, Jeżeli ktoś nie kocha Pana, niech będzie wyklęty"[38], albo jeszcze bardziej bezwzględne słowa Jezusa: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?"[39]

Jest się nad czym zastanowić! Ale taka refleksja była także, a nawet w pierwszym rzędzie, obowiązkiem samego Pawła VI! Jakże to, czyżby nie pamiętał on owej przestrogi św. Pawła: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii![40] "?

A może tradycyjne nauczanie wydało się w końcu Pawłowi VI tak nieznośne, iż uznał, że nie należy się nim zbytnio przejmować?

„Ta pełna roztropności i odwagi postawa, jaką przejawia Kościół wobec dzisiejszego świata, powinna zmienić i ukształtować myślenie wiernych chrześcijan, znajdujących się w wirze współczesnego, świeckiego życia... Z wielką rozwagą i precyzją winniśmy tłumaczyć, jak bardzo pozytywne widzenie wartości ziemskich, które Kościół ukazuje dzisiaj swoim wiernym, różni się od widzenia negatywnego - nie przekreślając oczywiście tego, co w tym podejściu słuszne, a o czym tylekroć pouczały nas mądrość i asceza Kościoła, gdy chodzi o pogardę dla świata... My jednak chcielibyśmy na koniec opowiedzieć się za tym optymistycznym spojrzeniem na współczesny świat, jakie reprezentował Sobór..."[41]

Znowu jest to pokrętny wywód!

„Mądrość i asceza Kościoła", jak przyznał sam Paweł VI, wpajały nam przez wieki „negatywne widzenie" wartości ziemskich. Dziś jednak, nie negując co prawda tego, co „słuszne" w owej „pogardzie dla świata", Kościół przedstawia nam „widzenie odmienne"... co więcej: „widzenie pozytywne"!

Niestety, ta idea fixe stała się też linią postępowania papieża na płaszczyźnie duszpasterskiej, co przejawiało się m.in. powoływaniem biskupów spośród duchownych reprezentujących podobny światopogląd. Potwierdził to kard. Ratzinger w swojej książce pt. „Raport o stanie wiary":

„W pierwszych latach po Soborze Watykańskim II dobrym kandydatem na biskupa  zdawał  się  być  ksiądz,  który przede   wszystkim  jest   'otwarty   na świat'. Kładziono na tę sprawę wyjątkowo duży nacisk. Po roku 1968, wobec nasilającego się kryzysu... zorientowano się, czasem na podstawie przykrych doświadczeń, że - owszem - potrzebni są biskupi otwarci na świat, ale zarazem umiejący przeciwstawić się światu i jego złym skłonnościom, aby je leczyć, hamować, a także by przestrzegać przed nimi wiernych... Wielu biskupów przekonało się na własnej skórze, w swoich diecezjach, że czasy naprawdę się zmieniły, wbrew nieco naiwnemu optymizmowi  (eufemizm?), jaki  zapanował bezpośrednio po Soborze"[42].

Jakże to? Czy Paweł VI mógł nie wiedzieć, że istnieje radykalny antagonizm między dwoma wizjami: Chrystusa i Świata? Wmawiając sobie i innym, że obie te rzeczywistości połączyło jakieś święte przymierze, nie chciał albo nie potrafił uznać, że w „rzeczywistości ziemskiej" nie ma prawdziwych wartości - są tylko pseudo-wartości, których św. Paweł nie wahał się określać słowem „śmieci"[43].

Tak czy inaczej, podczas „kolokwium" zorganizowanego w siedzibie Instytutu Pawła VI w Brescii podkreślano ciągłość między pontyfikatem Jana XXIII a pontyfikatem Pawła VI, właśnie w aspekcie otwartości na świat. Kardynał Poupard podkreślił (jak już wcześniej nadmieniliśmy) że „oryginalnym wkładem papieża Montiniego było zaproponowanie syntezy teologicznej (?!) oraz nadanie kulturalnej formy janowemu planowi Kościoła dostosowanego do współczesności i odnowionego zarówno w swej duchowości, jak i w swoim dynamizmie".

Jezuita Jacques Martina stwierdził, że „Pawłowi VI szczególnie zależało na „uwydatnieniu elementu, który charakteryzuje i podkreśla ciągłość obu pontyfikatów, a mianowicie: otwartości na współczesny świat i szczerej miłości do naszych czasów".

Potwierdzenie owego nastawienia przyniósł inny kongres, zorganizowany przez Instytut im. J. Maritaina w Marche (region Włoch) pod hasłem:, Jak doszło do Vaticanum II?" Z ramienia Konferencji Episkopatu Włoch na Kongresie obecny był biskup Ruini, ówczesny sekretarz Episkopatu. Dyskusja - jak napisze Baldoni -„skoncentrowała się głównie na postaci papieża Roncalliego i na jego postawie otwartości na świat Podkreślano, że ten wyjątkowy papież zechciał wyjrzeć przez okno".

Jednak biskup Capovilla ujawnił (po raz pierwszy!), że na krótko przed śmiercią Roncalliego widział,, jak po policzkach Papieża ciekną łzy; przyczyną miały być twierdzenia niektórych, że uruchomiony przez niego proces nie wyjdzie Kościołowi na dobre!"

Te łzy papieża Roncalliego świadczą o tym, że nie przewidział on negatywnych następstw swoich decyzji, swych aktów władzy apostolskiej dokonanych bez konsultacji z sekretarzem Stanu, kard. Tardinim i z pozostałymi kardynałami odpowiadającymi za poszczególne Kongregacje, w tym zwłaszcza za Święte Oficjum, podczas, gdy nader chętnie dawał posłuch swemu doradcy, biskupowi Capovilli, traktowanemu przez niego nieomal jak wyrocznię, do tego stopnia, że w którymś momencie kard. Tartini zwrócił się do papieża, aby ten zechciał przyjąć jego dymisję, zaś kard. Siri (wówczas sekretarz CEI) bezskutecznie protestował w obecności Ojca Świętego przeciw takim przekroczeniom uprawnień przez biskupa Capovillę[44].

Po ogłoszeniu „Pacem in Terris" Paweł VI zaczął już na całego lansować na Soborze swą koncepcję „otwartości na świat". By się o tym przekonać, wystarczy przeczytać „Gaudium et Spes". Jego „miłość do świata", „kult człowieka", stały w jaskrawej sprzeczości ze słowami Jezusa: „Królestwo Moje nie jest z tego świata"[45]

 

***

Oto utopia, którą karmił się jego niespokojny duch, i tak typowe dla jego stylu lawirowanie. Chciał za wszelką cenę pojednać Kościół z „nowoczesnym światem", czyli z nowożytną filozofią subiektywizmu i immanentyzmu oraz z „nowoczesną kulturą". Nie był to krok niewinny, gdyż droga w tym kierunku została wcześniej zagrodzona przez „Mirari Vos" (1832) Grzegorza XVI, przez „Syllabus" (1864) Piusa IX, „Pascendi" (1907) św. Piusa X i „Humani Generis" (1950) Piusa XE, który zdecydowanie potępił wszelkiej maści „otwarcia", a tym samym wszystkie te fałszywe „odnowy", które zagłuszyły Wieczną Filozofię, Teologię Scholastyczną i Tradycję Dogmatyczną Kościoła.

To „nowa teologia" wywołała kryzys, który paraliżuje dziś życie Kościoła - „nowa teologia" przeżarta, by użyć sformułowania z „Humani Generis", „błędnymi mniemaniami, które grożą podkopaniem fundamentów wiary katolickiej".

Nie jest łatwym zadaniem scharakteryzowanie na kilku stronach jego myśli, wyrażanej językiem często mało precyzyjnym, a wręcz enigmatycznym, który powoduje, że myśl ta staje się czasem nieuchwytna, równocześnie stwarzając dla niej na pozór wspaniałą i budzącą szacunek oprawę. Niestety, kryje się za nią niemało błędów i zręcznie przemyconych dwuznaczności.

Nie ulega wszakże wątpliwości, że to jego „kult człowieka" i jego „miłość do świata" podsycały mrzonki, które ujmiemy w kilku punktach:

 

- Ludzkość kroczy ku nowemu światu, ku społeczeństwu idealnemu, gdzie będą panowały: wolność, braterstwo i równość, gdzie „Prawa Człowieka" będą bezwzględnie przestrzegane - po tym, jak zatriumfuje„Wielka Demokracja", o której marzyli już twórcy Rewolucji Francuskiej!

- Zapanuje „powszechny pokój", dzięki zrozumiałym dla wszystkich zasadom naturalnej moralności. Wystarczy tylko rozbudzić „świadomość ludzkości", a następnie ją pielęgnować, czuwając nad jej rozwojem!

-Trzeba połączyć wszystkie siły dobrej woli (w tym „zreformowanego" Kościoła), ażeby zbudować ten „nowy świat" i to „nowe, idealne społeczeństwo"!

-Jednakże w tym budowaniu raju na ziemi Kościołowi przypadnie zaledwie rola pomocnicza, gdyż będzie on jedynie uzupełniał wysiłki i działania Narodów Zjednoczonych. To tak, jak gdyby środki naturalne miały górować nad środkami nadprzyrodzonymi!

W tej wizji chwała Boża i zbawienie dusz gdzieś umknęły: stanowią one pojęcia niemal całkowicie zapomniane przez Pawła VI, o czym możemy się przekonać zarówno na podstawie jego pism, jak i jego przemówień.

„To zaczyn ewangeliczny wzbudzał i wzbudza w sercu człowieka nieodparte żądanie godności"[46].

Tak więc dla Pawła VI Ewangelia zdaje się być jedynie instrumentem, poniekąd „pretekstem" do zainicjowania czegoś w rodzaju światowej rewolucji politycznej, która ma utorować drogę królowaniu „Praw Człowieka" proklamowanych podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej 1789 roku.

Tę wizję Paweł VI zarysował już w jednym z przemówień do Korpusu Dyplomatycznego:

„Pokładamy ufność w ludzkim rozumie... trzeba, aby kiedyś wreszcie do rozumu należało ostatnie słowo! "[47]

Na szczęście dzień ten nigdy nie nastąpi! To od owego pamiętnego, 1789 roku głosi się nieustannie wiarę w ludzki rozum! Tymczasem nie ma niczego, co byłoby bardziej niemożliwe, odkąd ten rozum został odcięty od swojego korzenia, czyli od Boga, a oddany w służbę najniższych instynktów. Skądinąd - z tejże samej przyczyny - wszelkie katastrofy są i zawsze będą możliwe!

Innym razem Paweł VI powiedział:

„Kościół stara się dostosować do języka, obyczajów, tendencji obecnych u człowieka naszych czasów, zaabsorbowanego tempem rozwoju materialnego i tak czułego na punkcie swojej indywidualności. Takie otwarcie leży w duchu Kościoła..."[48]

 

Tymczasem Pius X, święty poprzednik Pawła VI, przestrzegając dnia 27 maja 1914 r. grupę nowo mianowanych kardynałów przed duchem dostosowywania się do świata, powiedział:

„Żyjemy niestety w czasach, kiedy przyjmuje się z dużą łatwością pewne idee polegające na godzeniu Wiary z duchem nowoczesności -które to idee unoszą swoich zwolenników o wiele dalej, niż można by sądzić, powodując u nich nie tylko osłabienie, ale wręcz zanik Wiary..."

 

A może Paweł VI nie pamiętał, że w centrum chrześcijaństwa jest Chrystusowy Krzyż? Propagował on raczej ideę J. J. Rousseau, że „człowiek jest dobry", co stoi w sprzeczności z doktryną chrześcijańską, wedle której „Człowiek urodził się grzesznikiem", albo, jak powie Jezus Chrystus: „Nikt nie jest dobry, tylko sam

Bóg"[49].

Jak wytłumaczyć to konsekwentne nastawienie Pawła VI (tzn. jego otwartość na świat), które m.in. kazało mu stwierdzić:

„...Naszym obowiązkiem jest sprzyjanie kształtowaniu się mentalności i obyczaju, które będą bardziej odpowiadały prawdziwemu postępowi moralnemu człowieka i społeczeństwa"[50].

Jest czymś znamiennym, że nawet protestancki teolog, Karl Barth, zaczął się zastanawiać nad celowością tej „otwartości na świat", widocznej nie tylko w różnych nurtach neoprotestantyzmu, lecz również po stronie posoborowego, rzymskiego katolicyzmu:

„Czy otwierając okna na świat aż tak szeroko, zarówno nasi protestanci, jak i Ojcowie ostatniego Soboru trochę się nie zagalopowali? Gdy zbyt szeroko pootwiera się okna lub gdy się je wszędzie po-wstawia, dom przestaje być domem... Pojęcie Kościoła może ulec w końcu takiemu rozszerzeniu, że rozpłynie się w mgle nieświadomego chrześcijaństwa!"[51]

 

Jednak Paweł VI wciąż zachowywał się jak misjonarz bardziej doczesnej niż duchowej sprawy, w swym nieustannym dążeniu do budowania „Nowego Świata", „społeczeństwa  idealnego",  „powszechnego  braterstwa".

„Wszyscy, w tym także Kościoły, jesteśmy zaangażowani w tworzenie 'nowego świata'. Bóg... w swej miłości do człowieka kieruje procesami historycznymi, mając na względzie postęp ludzkości, aby nastały nowa ziemia i nowe niebo i aby zapanowała doskonała sprawiedliwość [52]

Albo:

„Kościół katolicki zachęca swoich synów do podjęcia wraz ze wszystkimi ludźmi dobrej woli ze wszystkich ras i narodów tej pokojowej krucjaty na rzecz zbawienia człowieka... zbudowania światowej wspólnoty, która będzie trwała w jedności i braterstwie".[53]

 

Słowa, słowa, słowa... Głoszony przez Pawła VI „postęp ludzkości" jest mrzonką, gdyż ludzkość jest rozpalona wojnami i rewolucjami, pogrążona w nienawiści, jak gdyby chciała uciec przed rzeczywistością i przed chrześcijańskim obowiązkiem niesienia krzyża, czyli także - znoszenia niesprawiedliwości. „Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą"[54]. Zawsze będą w świecie: zło, krzywdy,  cierpienie.  To dlatego Kościół nieustannie przypominał o nadzwyczajnej wartości cierpienia, jeżeli jest ono włączone w odkupieńcze dzieło Zbawiciela: „w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa"[55].

Co do tej „pokojowej krucjaty na rzecz zbawiania nowego świata", krzyż Chrystusowy powinien ustąpić przed ruchem masońskim, gdzie również proklamowane jest powszechne braterstwo.

Toteż Paweł VI podkreśla:

„Nie ma już miejsca dla życia w izolacji. Wybiła godzina wielkiej, międzyludzkiej solidarności, na rzecz tworzenia światowej wspólnoty braterskiej."[56]

 

Narzuca się pytanie: jeśli cały świat ma się zmienić, czemu nie miałoby to dotyczyć także religii? Jeżeli jest rozdźwięk, niezrozumienie, obojętność, wzajemna wrogość między realnym światem a chrześcijaństwem, w tym zwłaszcza katolicyzmem, jak chrześcijaństwo może utrzymywać, że ma jeszcze jakikolwiek wpływ na dzisiejsze życie? Czy to nie dlatego Sobór Watykański II parł do „reform", do „uwspółcześnienia" (aggiornamento)? Ale w takim razie czemu Pan Jezus rzekł: „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą"[57]? Skoro to powiedział, oznacza to, że Ewangelia zawsze pozostanie taka sama, niezależnie od tego, czy świat zmieni się, czy też nie! Zresztą, czy nie wiedziano, że nauka Jezusa była i pozostanie „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą"[58]?

Paweł VI wierzył wciąż w możliwość pogodzenia z sobą „świata pogańskiego" i Chrystusowej Ewangelii! Może myślał, że wpływy chrześcijaństwa będą uzależnione od przeprowadzenia „reformy" w rozumieniu światowym, nawet jeśli ta chęć zreformowania Kościoła oraz jego doktryny tak, aby nie urażać świata, mogłaby prowadzić do „apostazji", czyli do odstępstwa, sprzeniewierzenia się religii!

„Czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga."[59]

Kto jak kto, ale papież powinien to wiedzieć! Cóż Kościół ma wspólnego z organizacją filantropijną albo społeczną typu humanitarnego, na modłę masońską? A jednak:

„Kościół, przy pełnym poszanowaniu kompetencji państwa, winien oferować swoją pomoc w promowaniu pełnego człowieczeństwa, czyli integralnego rozwoju każdego człowieka... Stojąc na pierwszej linii działań społecznych, winien on dokładać wszelkich starań w celu wspierania i inspirowania inicjatyw, które służą integralnej promocji człowieka"[60].

Innymi słowy, zdaniem Pawła VI Kościół nie powinien się już koncentrować na ewangelizowaniu narodów dla zbawienia dusz, lecz powinien dołożyć „wszelkich starań" w celu promowania „pełnego człowieczeństwa". Mało tego: powinien on stać na pierwszej linii, czyli... być awangardą działań socjalnych!

Cała encyklika „Populorum Progressio" była jedną wielką zachętą do takiego sposobu myślenia i działania:

„Walka z nędzą, choć nagląca i konieczna, nie wystarcza. Chodzi o to, by budować społeczność ludzką, w której każdy bez wyjątku człowiek, niezależnie od rasy, religii i narodowości, będzie mógł żyć życiem w pełni ludzkim, wyzwolonym od poddaństwa, jakie stwarza człowiek lub niedostatecznie opanowana przyroda; społeczeństwo, w którym wolność nie będzie pustym słowem i gdzie biedny Łazarz będzie mógł zasiąść przy jednym stole z bogaczem.[61] "

Budowanie świata, gdzie każdy człowiek będzie mógł żyć życiem „w pełni ludzkim"!

 

„Więcej robić, więcej umieć i więcej mieć, ażeby bardziej być. Oto dążenia dzisiejszych ludzi; tymczasem tak wielu spośród nich jest skazanych na życie w warunkach uniemożliwiających realizację tych słusznych pragnień"[62].

Zapewne i tym razem Paweł VI zapomniał o słowach Jezusa: „Trudno jest bogatemu wejść do królestwa niebieskiego"[63]. Ale utopia Pawła VI opierała się na wierze w człowieka:

„Pokładamy ufność w człowieku. Wierzymy w dobro, który tkwi na dnie każdego serca. Znamy odruchy sprawiedliwości, prawdy, odnowy, postępu, braterstwa, które leżą u źródła tylu pięknych inicjatyw, a nawet obecne są w kontestacji, czasem niestety także w przemocy. Waszym zadaniem nie jest schlebianie mu, lecz uświadamianie, co on sam chce i na co go stać..."[64]

Ta papieska wypowiedź każe się nam głęboko zamyśleć nad sensem słów z Pisma Świętego: „Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę"[65].

W podtekście pism Pawła VI zawsze kryje się domniemanie, że człowiek - nawet bez Bożej łaski - może o własnych siłach polepszyć swój ludzki byt dzięki dążeniu do tego światowego braterstwa, które ma położyć kres wszelkim wojnom, nędzy, niesprawiedliwości. Oczywiście, nie sposób na tej podstawie wysnuć wniosku, jakoby Paweł VI negował, że w tym dziele doskonalenia człowieka niezbędne jest Boże wspomożenie. Ale trzeba dodać, że bynajmniej nie akcentuje on tej całkiem zasadniczej kwestii! Raczej kładzie on stale nacisk na możliwości ludzkie:

„O ile na dłuższą metę człowiek nic nie jest w stanie uczynić bez człowieka, o tyle z nim wszystkiego może dokonać. Jakże słuszne jest stwierdzenie, że to umysł i serce odnoszą prawdziwe zwycięstwa"[66].

Wypowiedź ta znowu świadczy o lekceważeniu słów Jezusa: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić"[67]. Cóż, wydaje się, że powyższe słowa Boskiego Mistrza tego akurat papieża nie dotyczą! W swych jakże licznych przemówieniach na temat „pokoju" regularnie nawiązuje on do „uniwersalnej świadomości ludzkiej" i do „zasad moralności naturalnej".

,,Pokój nie jest niemożliwy. Ale czy siły człowieka są wystarczające do tego, aby go zapewnić i utrzymać? Wolimy w tym momencie nie udzielać wyczerpującej odpowiedzi na to niepokojące pytanie, które dotyka najtrudniejszych zagadnień myśli historycznej. Skonkludujmy tylko, cytując słowa Chrystusa: „Co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga"[68]". Także w tym przypadku Paweł VI unika odpowiedzi na to ważkie pytanie, albowiem nie chce zająć jednoznacznego stanowiska, czy Bóg jest czy też nie jest konieczny do rozwiązania problemu światowego pokoju. Z kolei 1 stycznia 1968 r., przy okazji swego „Orędzia na Światowy Dzień Pokoju", powiedział on:

„Subiektywnym fundamentem pokoju jest nowy duch, który winien inspirować współistnienie narodów, nowy sposób myślenia o człowieku... Musimy jeszcze pokonać długą drogę, zanim ta nowa mentalność upowszechni się i zacznie kształtować rzeczywistość; potrzebna jest nowa pedagogia, by wychować młode pokolenia w duchu wzajemnego poszanowania narodów, braterstwa ludów... Nie można też mówić o prawdziwym pokoju tam, gdzie nie uznaje się trwałych fundamentów pokoju: szczerości, sprawiedliwości i miłości w relacjach między państwami... między obywatelami... wolności jednostek i narodów we wszystkich jej przejawach...".

Widzimy więc, jakie było myślenie Pawła VI na temat pokoju: „nowy duch", „nowa mentalność", „nowa pedagogia", których fundamentem ma być... „nowe wychowanie ideowe":

 

„Pokój   jest   logicznym   celem   (!!) współczesnego  świata, jest ostatecznym celem postępu... dzisiaj, natychmiast, należy rozpocząć nowe wychowanie ideowe, wychowanie dla pokoju... Zdajmy sobie sprawę, o Bracia Ludzie, ze wspaniałości tej wizji przyszłości i odważnie przystąpmy do realizacji pierwszego jej programu, jakim jest właśnie wychowywanie dla pokoju"[69].

 

I kolejna próbka owego myślenia:

„Pokój, zanim stanie się polityką, jest duchem... Kształtuje się on i ugruntowuje w sumieniach - w tej filozofii życia, jaką każdy człowiek winien sam sobie stworzyć, a która ma być jak światło przyświecające mu na ścieżkach jego życia. To zaś oznacza, najmilsi bracia i synowie, że pokój nie może obyć się bez wychowania. Stwierdzamy to uroczyście tutaj, przy ołtarzu Chrystusowym, w trakcie sprawowania tej Świętej Mszy"[70].

 

A więc światłem przyświecającym człowiekowi na ścieżkach jego życia nie jest już Chrystus, który rzekł: , Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności"[71]. Filozofia ta nie jest już ową „filozofią życia" zalecaną przez Pawła VI. Innym razem stwierdzi on:

„Trzeba doprowadzić do tego, aby wojny przeszły ostatecznie do historii. Tego wymaga żywotny interes człowieka"[72].

Słowem, ludzie powinni powściągać swą żądzę zemsty, zrezygnować z egoizmu w imię owego „żywotnego interesu człowieka". Wszakże to zakrawa na czystą utopię! Ale Paweł VI nie ustępuje:

„Nawet, jeżeli to jest trudne, jest przecież czymś koniecznym dopracowanie się autentycznej koncepcji pokoju... Pokój jest rzeczą bardzo ludzką. Jeśli się zastanowimy, skąd on naprawdę pochodzi, to okaże się, że tkwi on swymi korzeniami w uczciwym rozumieniu człowieka (!!). Pokój, który nie jest rezultatem prawdziwego kultu Człowieka, nie jest tak naprawdę pokojem!"[73]

 

To jasne! „Prawdziwy pokój' będzie pochodną „kultu człowieka"!

 

„Chcemy nadać sens swojemu życiu. Życie zyskuje wartość poprzez sens i kierunek, jaki mu nadajemy, cel, który obieramy. Co jest tym celem? Jest nim pokój. Pokój jest rzeczą bardzo piękną, ale i wymagającą... Jest on owocem wielkich wysiłków, wielkich programów, nade wszystko jednak -sprawiedliwości: jeżeli chcesz pokoju, zabiegaj o sprawiedliwość"[74].

 

Ale jeśli pokój opiera się na sprawiedliwości, na czym opiera się sprawiedliwość?

„Należy rozbroić umysły, jeśli chcemy skutecznie zapobiec sięganiu po broń, która zabija ciało. Trzeba zaopatrzyć pokój - to znaczy wszystkich ludzi - w duchowy korzeń wspólnego sposobu myślenia i kochania... To w tym wewnętrznym przyswojeniu sobie pokoju tkwi prawdziwy humanizm, prawdziwa cywilizacja. Na szczęście, jest ona bliska urzeczywistnienia: dojrzewa ona w miarę postępu świata... Świat podąża ku swojej jedności"[75].

O, biedny Pawle VI ze swoimi iluzjami! Czy dzisiaj rzeczywiście „świat podąża ku swojej jedności"? Wojny pomnożyły się, konflikty zaogniły; tyle ludów wykrwawia się z powodu działań różnych grup rebeliantów. Przy czym „wspólnym mianownikiem", mającym zapewnić „wspólny sposób myślenia i kochania", nie jest już dla tego papieża Ewangelia Chrystusa - „Drogi, Prawdy, Życia"[76] - lecz owa „ucywilizowana świadomość", wszechobecna dzięki rozpropagowaniu uniwersalnej „Karty" Praw Człowieka", Jakie jest nasze przesłanie? Potrzeba przede wszystkim broni moralnej, która nada siłę i autorytet prawu międzynarodowemu - poczynając od egzekwowania paktów"[77].

Nie po raz pierwszy Paweł VI udowadnia, że w pierwszym rzędzie stawia na środki ludzkie. Powróćmy na moment do niesłychanego przemówienia, jakie wygłosił w dniu 4 października 1965r. z trybuny ONZ. Czyż nie ukazuje on tam swojego „Credo" i nie postuluje uczynienia zeń „religii Człowieka"? Przytoczmy znowu te fragmenty, które wówczas wywołały tak wielkie zdumienie:

„Nasze przesłanie, to przede wszystkim uroczyste usankcjonowanie moralne tej Instytucji... Przynosimy tejże Organizacji słowa wsparcia naszych ostatnich poprzedników, całego katolickiego episkopatu, a także Nasze własne, w przekonaniu, że stanowi ona nieodzowną drogę współczesnej cywilizacji i światowego pokoju... Ludy zwracają swój wzrok ku Narodom Zjednoczonym jako ku ostatniej nadziei na zgodę i pokój. Ośmielamy się tedy złożyć tu, wraz z Naszą własną, ich daninę szacunku i nadziei"[78]. Myślę, że każdy, kto zachował choć odrobinę chrześcijańskiego zdrowego rozsądku, zareagował wówczas wewnętrznym sprzeciwem i oburzeniem na ten akt wiary papieża w Organizację ateistyczną i masońską, którą Paweł VI śmiał nazwać „nieodzowną"... „ostatnią nadzieją na pokój". Ponowił go zresztą w orędziu skierowanym do U'Thanta, Sekretarza Generalnego ONZ, z okazji 25. rocznicy utworzenia tej Organizacji:

„Chcielibyśmy powtórzyć to, co mieliśmy zaszczyt obwieścić 4 października 1965 roku z trybuny waszego Zgromadzenia: Wasza Organizacja stanowi nieodzowną drogę współczesnej cywilizacji i światowego pokoju... Chociaż stale mnożą się konflikty... na tym uprzywilejowanym forum świadomość ludzkości okazuje się coraz silniejsza, albowiem... ludzie odnajdują tu tę niezbywalną część ich samych, to, co ich łączy - czyli człowieczeństwo w człowieku... Wyrażamy tedy raz jeszcze swoją ufność, że wasza Organizacja zdoła spełnić tak ogromne nadzieje pokładane w niej przez braterską wspólnotę światową. Oby każdy jej członek mógł żyć życiem w pełni ludzkim"[79].

Podkreślmy: jest to ponowny akt wiary w ONZ i w człowieka; a przecież Pismo Święte mówi: „Szczęśliwy mąż, który złożył swą nadzieję w Panu, a nie idzie za pyszałkami...[80] "

Jednak tam, w ONZ, to na pewno nie Piotr przemawiał, gdyż Piotr - autentyczny Namiestnik Chrystusa - nie upadłby na kolana przed pychą Człowieka uosabianą przez tę masońską Organizację, która pragnie rządzić światem bez Boga!

Tymczasem Paweł VI ciągnął dalej:

„Otóż wiedzcie, przyjaciele, którzy nas słuchacie, że jesteśmy dziś gotowi zwrócić się do was z przesłaniem nadziei. Sprawa człowieka nie tylko nie jest przegrana, lecz rokuje całkiem korzystnie (?!). Wielkie idee (możecie sobie do nich zaliczyć Ewangelię, jeśli chcecie), które są niczym latarnia dla współczesnego świata, nie gasną. Jedność świata stanie się faktem. Godność osoby ludzkiej zostanie uznana faktycznie, nie tylko formalnie... Rażące nierówności społeczne zostaną zlikwidowane. Stosunki między narodami zostaną oparte na pokoju, rozumie i braterstwie... To nie marzenie, ni utopia, ni mit: to realizm ewangeliczny!" [81]Czyżbyśmy śnili? Oto Papież wieszczy nadejście świata bez cierpień, bez Krzyża. I na dodatek na tym właśnie miałby polegać „realizm ewangeliczny"! Narzucają się tutaj słowa Jezusa: „Zejdź mi z oczu, szata nie! Bo myślisz nie na sposób Boży, lecz ludzki"[82].

 

Jezus wypowiedział je do samego Piotra, gdyż ten nie chciał, aby jego Mistrz cierpiał. Równocześnie staje przed naszymi oczyma to, co św. Pius X napisał w swoim „Liście w sprawie Sillon":

"Jezus nie zapowiadał, że w społeczeństwie jutra nastanie idealne szczęście, gdzie nie będzie już cierpienia, lecz swoimi pouczeniami i przykładami ukazał drogę ku możliwemu szczęściu na ziemi i ku wiecznej szczęśliwości w Niebie: królewską drogę Krzyża. Są to pouczenia, które błędem byłoby odnosić jedynie do życia indywidualnego, w kontekście wiekuistego zbawienia. Są to pouczenia jak najbardziej społeczne, każące nam widzieć w naszym Panu Jezusie Chrystusie coś zupełnie innego niż humanitaryzm pozbawiony spójności i autorytetu!"[83]

 

Są to słowa jasne, doktrynalne, rozwiewające zasłonę dymną socjologicznych szaleństw papieża Pawła VI!

 

 



[1] Przemówienie na zakończenie Soboru z 7 grudnia 1965.

[2] Por. Kongres Eucharystyczny w Pizie, 7 czerwca 1965.

[3] Por. U 5,19.

[4] Mt 12,30

[5] Por. Leon XIII, „Humanum genus" 1884.

[6] Por. Audiencja Generalna z 3 lipca 1974.

[7] Został on powołany w celu promowania badań naukowych (!) nad postacią i dorobkiem papieża Montiniego. Kolokwium to odbyło się w dniach 19-22 września 1986 z udziałem 140 badaczy, historyków i teologów z różnych części świata

[8] Gdy był jeszcze arcybiskupem, na swe „Misje Mediolańskie" odbywające się jesienią 1957 r. zaprosił w charakterze kaznodziejów o. Mazzolariego, o. Balducciego, o. Turoldo, kard. Lercaro tu­dzież innych mówców tego samego pokroju. Por. „Paolo VI, Im-magini di un Pontificato" nakładem Logos, Rzym 1978, s.57

[9] Por. bp Brunero Gherardini, „Kościół - Arka Przymierza: jego geneza, jego paradoks; jego władza i jego posługa".

[10] Por. Józef Ratzinger, „Raport o stanie wiary", rozdz. DI, s. 45-54.

[11] Idem.

[12] Por.: I Kor 2,12; II Kor 7,10.

[13] Por.: Ga 4,3; Koi 2,20.

[14] Por.: J 12,31 i 16,11; H Kor 4,4.

[15] Por.: J 8,23; 16,28; 18,36.

[16] Por. J 7,7 i 15,18.

[17] Por.: J 15,19 i 17,14 oraz IJ 2,15

[18] U 2,12-17.

[19] Ga 6,14.

[20] J 16, 33.

[21] J 5,4.

[22] J 17,14

[23] Mt 18,7.

[24] Łk 14, 33.

[25] Audiencja specjalna, 8 czerwca 1964 (zob. Actes Pontificaux Ed. Bellamin MT1 nr 139, s. 21).

[26]  Por. Jk 4,4.

[27] IV Sesja Soboru, 14 września 1965.

[28] Przemówienie na zakończenie Soboru (7 grudnia 1965).

[29] IJ2,15.

[30] Audiencja z 5 marca 1969.

[31] Idem.

[32] Mt 6,24

[33] Por. I Kor 13, 4-7.

[34] Audiencja z 5 marca 1969.

[35] Por. Mt 12,34 i 23,27.

[36] Por. „Gaudium et Spes" nr 42.

[37] Audiencja z 5 marca 1969.

[38] I Kor 16,22.

[39] Mt 16,26.

[40] I Kor 9,16.

[41] Audiencja z 5 marca 1969.

[42] J. Ratzinger, „Raport o stanie wiary", s. 65 i nast

[43] Por. Flp 3,8.

[44] Tymczasem papież Montini, hipnotyzer kard. Roncalliego w
Wiedniu a następnie papieża Jana XXIII, wynagrodził bpa Capoville
za jego dobrą służbę, mianując go arcybiskupem Chieti, skąd został
niegdyś... wydalony przez miejscowe władze kościelne (gdy został
w trybie pilnym przeniesiony do Bazyliki w Loreto)!

[45] Jn 18,36

[46] Populorum Progressio" z 26 marca 1967, nr 32.

[47] Zob. „Le Courrier de Rome" z 25 kwietnia 1970.

[48] Przemówienie wygłoszone w Mediolane (wrzesień 1958).

[49] Łk 18,19

[50] L'Osservatore Romano z 22 paźdz. 1970.

[51] Zob. Karl Barth, „Odnowa i jedność Kościoła".

 

[52] Przemówienie do Australijczyków z 30 listopada 1970.

[53] Ibidem.

[54] Łk 17,1.

[55] Kol 1, 24

[56] Przemówienie do Australijczyków, DC z 3 stycznia 1971, nr1577.

[57] Mt 24, 35.

[58] Łk 2,34.

[59] Por. Jk 4,4.

[60] DC z 20 września 1970, nr 1576, ss. 1112-4.

[61] Populorum Progressio, nr 47.

[62] Populorum Progressio, nr 6.

[63] Por. Łk 18,25.

[64] Wypowiedź do dziennikarzy, Sydney, 2 grudnia 1970.

[65] Jr 17,5.

[66] Przemówienie wygłoszone w FAO 16 listopada 1970.

[67] Jn 15,5.

[68] Łk 18,27.

[69] Orędzie na Światowy Dzień Pokoju z 30 listopada 1969.

[70] Przemówienie z okazji Dnia Pokoju (z 1 stycznia 1970)

[71] J 8,12.

[72] Przemówienie z okazji Dnia Pokoju (z 1 lutego 1970).

[73] Wypowiedź z 16 grudnia 1971.

[74] Przemówienie z okazji Dnia Pokoju (z 1 stycznia 1972).

[75] Przemówienie z okazji Dnia Pokoju (z 1 lutego 1975).

[76] Por. J 14,6.

 

[77] Przemówienie z okazji Dnia Pokoju (z 16 listopada 1975).

[78] Przemówienie na forum ONZ z 4 paźdz. 1965.

[79] 4 paźdz. 1970. 

[80] Ps 40,5.

[81] Orędzie wielkanocne (1971).

[82] Por. Mt 16,23.

[83] Por.: Pius X, „List w sprawie Sillon" z 25 sierpnia 1910, nr 42.