Sterta bzdur o Okrągłym Stole

Rafał A. Ziemkiewicz

 

Zaproszenie opozycji do Okrągłego Stołu nie było ze strony generałów żadną łaską. Jeśli chcieli wyjść cało z katastrofy ustroju, po prostu nie mieli wyjścia

Można było się spodziewać, że rocznica Okrągłego Stołu zostanie wykorzystana do powtórzenia po raz kolejny, jeszcze głośniej niż dotąd, rozmaitych fałszów. W istocie było gorzej, niż się na to zanosiło. Czytelnik, widz i słuchacz mediów przysypani zostali lawiną głupstw, kłamliwych stereotypów i zupełnie oderwanego od historycznych faktów samochwalstwa uczestników tamtych wydarzeń.

Składały się one na bajkę o "największym historycznym sukcesie" Polaków w XX wieku. Sukcesie odniesionym jakoby dlatego, że komunistyczni generałowie (którzy jak gdyby pojawili się dopiero w tym momencie dziejów i ich reputacji nie obciąża nic, co miało miejsce wcześniej) w poczuciu odpowiedzialności postanowili oddać władzę opozycji, a działacze tejże opozycji z nie mniejszą odpowiedzialnością powstrzymali się od zemsty i włączyli ich w proces budowania demokracji i wolnego rynku. Większość z tego, co w ostatnich dniach dotarło do Polaków w tzw. przekazie medialnym (rekordy mitotwórstwa pobite zostały podczas rocznicowej sesji w Sejmie), nie wytrzymuje jednak konfrontacji nie tylko z dokumentami, ale i ze zdrowym rozsądkiem. Dlatego, nie wgłębiając się w polemiki z poszczególnymi wypowiedziami, trzeba przypomnieć rzeczy oczywiste.

 

Okrągłostołowa klapa

Zacznijmy od tego, że Okrągły Stół, zważywszy na to, z jakimi zamiarami do niego siadano, nie był sukcesem, a wręcz przeciwnie - klapą. Było z nim tak samo jak z pieriestrojką Gorbaczowa: w zamyśle ostatniego sowieckiego genseka miała ona przecież uratować komunizm, dziś tymczasem świat gotów jest przyznawać mu laury za jego dobicie. Michaił Gorbaczow jest jednak o tyle uczciwszy od Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka, że to nieporozumienie uparcie prostuje. Komunistyczni generałowie zaproponowali opozycji negocjacje nie po to, żeby oddać władzę, ale po to, by się u władzy utrzymać. Chcieli, jak tłumaczył to Jaruzelski gensekowi NRD, wpuścić do przedsiębiorstwa nowych udziałowców, zachowując pakiet kontrolny. Mimo posiadanej przewagi nad partnerami negocjacji, zwłaszcza przewagi wiedzy o rzeczywistej sytuacji Polski i zamiarach Sowietów, to im się nie udało. Nie dlatego, żeby partnerzy okazali się od nich sprytniejsi, ale dlatego, iż rozkład PRL nabrał tempa, jakiego nie przewidywali w najczarniejszych snach.

Komuniści musieli się podzielić władzą dlatego, że tylko w ten sposób mogli obciążyć opozycję współodpowiedzialnością za katastrofę gospodarczą i reformy niezbędne, aby z niej wyjść.

Pierwsze sygnały, że komunizm w Polsce się kończy, wtajemniczeni odebrali już wkrótce po śmierci Breżniewa - wówczas kilkakrotnie Sowieci dali wolnemu światu wyraźny sygnał, iż są gotowi wycofać się z Europy Środkowej pod warunkiem nadania jej statusu neutralności. Oczywiście, przyczyną tego było gospodarcze załamanie "ojczyzny proletariatu" i państw przez nią kontrolowanych.

Natomiast za moment zwrotny dla dziejów PRL, od którego przesądzone było, że komuniści będą musieli zrezygnować z monopolu władzy, należy uznać przystąpienie PRL do Międzynarodowego Funduszu Walutowego w roku 1986. Od tej chwili podjęcie reformy, której kluczowy element stanowić miało urealnienie waluty, było już tylko kwestią czasu. Taka reforma zaś w oczywisty sposób musiała spowodować "wyparowanie" oszczędności Polaków i spowodować znaczny spadek poziomu ich życia.

 

Mądrzejszy od conducatora

Przywódcy "społecznej" strony Okrągłego Stołu uporczywie podkreślają, jak słaba była wtedy opozycja i jak to ostrzegano ich, że negocjacje z komunistami skończą się tak jak w wypadku generała Leopolda Okulickiego. Nie chcą zrozumieć, że komuniści wykorzystali to poczucie słabości, wiedząc doskonale, iż koszty, jakie muszą zostać zapłacone za naprawę gospodarki, będą tak wysokie, że po rozpoczęciu reform siłami tylko PZPR opozycja błyskawicznie nabrałaby wiatru w żagle i mogłaby stanąć na czele rozruchów po prostu zmiatających komunistów. Kompletną bzdurą jest przypisywanie generałom jako zasługi tego, że nie zdecydowali się raz jeszcze na spacyfikowanie Polski czołgami. Jaruzelski i Kiszczak wielokrotnie wcześniej dowiedli - gdy mieli taką możliwość - że strzelanie do rodaków w najmniejszym stopniu nie rani ich partyjnych sumień. Ale w drugiej połowie lat 80. obaj już wiedzieli (ta wiedza była częścią wspomnianej przewagi), że ZSRR nie przyjdzie im z pomocą.

Teoretycznie Jaruzelski mógł zrobić to samo co Nicolae Ceausescu -  wtedy podzieliłby jego los. Okazał się od conducatora mądrzejszy, dzięki czemu mimo licznych łajdactw dożył w spokoju sędziwego wieku. I jest to wystarczająca nagroda za wykazany rozsądek; żeby domagać się dla niego pomników, trzeba już doprawdy kompletnie stracić rozum.

Zaproszenie opozycji do Okrągłego Stołu nie było więc ze strony generałów żadną łaską; jeśli chcieli wyjść cało z katastrofy ustroju (o nieuchronności której już wiedzieli, w przeciwieństwie do działaczy opozycji), po prostu nie mieli innego wyjścia.

 

Trzecia próba

Opowiadacze okrągłostołowych bajek usiłują wmówić dziś, jakoby zaproszenie opozycji do negocjacji było decyzją przełomową i bezprecedensową od czasu sławnego "władzy raz zdobytej partia nie odda nigdy". Przemilczają fakt, że w istocie Okrągły Stół był nie pierwszą, ale już trzecią z podjętych przez generałów w drugiej połowie lat 80. prób poszerzenia politycznej bazy o niekomunistów. Pierwszą stanowiła zapomniana dziś Rada Konsultacyjna przy Jaruzelskim. Pomysł nie wypalił, gdyż nie udało się do niej pozyskać nikogo o odpowiednim autorytecie. Następnie złożono Kościołowi ofertę współrządzenia za pośrednictwem utworzonej pod jego egidą chrześcijańskiej partii. Wtedy to towarzysz Stanisław Ciosek po raz pierwszy przedstawił biskupowi Alojzemu Orszulikowi projekt nowego podziału władzy - z Jaruzelskim jako mocnym prezydentem, częściowo wolnym Sejmem i Senatem całkowicie z wolnych wyborów. Wbrew twierdzeniom niektórych solidarnościowych uczestników Okrągłego Stołu nie oni go więc wymyślili, a jeśli do dziś tak sądzą, to dużo mówi o tym, do jakiego stopnia zmanipulowali ich komuniści.

W swojej książce "Ja jako były" Jerzy Urban sporo miejsca poświęca żalom wobec biskupów, którzy przyjąwszy wówczas wszystkie oferowane im przez Jaruzelskiego prezenty, wystawili go do wiatru, oferując jedynie mediację w ewentualnych rozmowach z "Solidarnością".

Faktem jest, że dopiero wtedy komuniści musieli się pogodzić, iż jedynym partnerem w przewidzianej operacji może być dobrze zorganizowane i świadome swych celów, i z tego właśnie względu traktowane jako ostateczność, środowisko Wałęsy z mającymi wówczas przy nim mocną pozycję Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem.

 

Spektakl generałów

Okrągły Stół miał być więc kolejną w cyklu peerelowskich odwilży zmianą, która nie zmieniając spraw zasadniczych, raz jeszcze uspokoi społeczeństwo i skłoni je do dalszych wyrzeczeń. Stąd teatralność całego wydarzenia - następna sprawa, którą mitotwórcy przemilczają. Przecież poza zasadniczą umową o zmianie systemu władzy, którą można było zawrzeć za jednym posiedzeniem, całe te długie obrady były propagandową lipą i produkowany mozolnie urobek wszystkich "podstolików" z punktu odłożono ad acta. Wspominany już Urban uznał to po czasie za największy błąd. Należało szybko parafować umowę i ogłosić kontraktowe wybory, bez owych obrad i tyrad, które się zmieniły w publiczny sąd nad PRL. Owszem, ale w zamyśle generałów właśnie obrady były najważniejsze, jako spektakl, który przekona Polaków, że teraz już naprawdę partia będzie rządzić "po nowemu" i sprawiedliwie.

Okrągły Stół był, powtórzmy, klęską generałów. Nie zapobiegł utracie władzy, wręcz ją przyśpieszył, bo publiczne okazanie słabości, dzięki posiadaniu czołgów i wsparciu Sowietów, przez ekipę postrzeganą dotąd jako nie do ruszenia dało efekt pękającej tamy. Ukoronowaniem był 4 czerwca i miażdżąca przegrana PZPR, nawet w obwodach zamkniętych, gdzie głosowali tylko wojskowi, milicjanci i aparatczycy.

Ale przegrała też opozycja, której planem było uzyskanie ponownej legalizacji "Solidarności" (taka formuła prawna pozwalała Wałęsie pozbyć się ludzi pokroju Andrzeja Gwiazdy czy Anny Walentynowicz) bez żyrowania reform. Tempo rozwoju wydarzeń zaskoczyło ludzi Wałęsy nie mniej niż ludzi Jaruzelskiego.

 

Zamilczanie terroru

Przy Okrągłym Stole generałowie odnieśli jednak jeden wielki sukces i dzisiejsza zajadłość, z jaką tego - mówiąc słowami Lecha Wałęsy - "zgniłego kompromisu" bronią jego ówcześni przyboczni, jest tego sukcesu miarą. Była nim zastosowana tam socjotechnika: wciągnięcie grupy Wałęsy w brudną wspólnotę z generałami, uczynienie ich wspólnikami w staraniach o wyeliminowanie innych grup opozycji. Klakierzy Wałęsy potrafią to ubierać w ładne słowa, np.: "Wałęsa rozumiał, że nurt politycznie racjonalnego sprzeciwu obumiera, że zaraz przelicytują go radykałowie". Jak zwał, tak zwał. Faktem jest, że Wałęsa niewiele wcześniej, gdy ogłaszał zakończenie strajku w stoczni, po raz pierwszy w swym życiu został wygwizdany przez młodych robotników.

Znam wiele wiarygodnych relacji, że już od roku 1987, a być może i wcześniej, Michnik przekonywał swych rozmówców, iż komuniści już są skończeni i nie stanowią problemu, że prawdziwe zagrożenie to polsko-katolicki ciemnogród i najważniejsze jest dopilnować, aby upadek realnego socjalizmu nie dał szans powrotu do znaczenia pogrobowcom endecji.

Trudno sądzić, by generał Kiszczak nie wiedział o tych nastrojach i przekonaniach. I do nich to się odwołał, przedstawiając wybranej grupie opozycjonistów ofertę: albo wspólnie zmarginalizujemy radykałów, albo oni zmarginalizują was, a potem doprowadzą do katastrofy.

Przyjmując tę logikę, ludzie Wałęsy i on sam weszli na drogę Stanisława Mikołajczyka i Bolesława Piaseckiego, z reprezentantów społeczeństwa zmienili się w sprzymierzeńców komunistów w jego pacyfikowaniu. Stąd haniebny współudział tego środowiska w zamilczaniu przez wiele lat ponad 120 ofiar esbeckiego terroru lat 80. i stąd też zajadłość, z jaką głosi dziś ono oczywiste nonsensy, wypierając się popełnionego przed 20 laty błędu - a raczej, należy powiedzieć, czegoś znacznie gorszego niż błąd.