„SOLIDARNOŚĆ” TO NIE WAŁĘSA
Przedruk z pisma FRONDA ( http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=1746628 )
„Spotkanie z Wałęsą w tamtym czasie nie stanowiło wydarzenia godnego
szczególnego zapamiętania. Był postacią zupełnie bezbarwną i
nieciekawą. Nie miał poglądów sprecyzowanych na tyle, by mogły stanowić
podstawę do średnio chociażby interesującej rozmowy. Był częścią naszej
niewielkiej grupy kolporterów i drukarzy WZZ” – wspomina Leszek
Zborowski.
Leszek Zborowski, członek Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża,
opisał we wspomnieniach, jak pierwszy raz zetknął się z Lechem Wałęsą w
czasie jednego z licznych spotkań Wolnych Związków w mieszkaniu Anny
Walentynowicz: „spotkanie z Wałęsą w tamtym czasie nie stanowiło
wydarzenia godnego szczególnego zapamiętania. Był postacią zupełnie
bezbarwną i nieciekawą. Nie miał poglądów sprecyzowanych na tyle, by
mogły stanowić podstawę do średnio chociażby interesującej rozmowy. Był
częścią naszej niewielkiej grupy kolporterów i drukarzy WZZ”.
Wałęsa cieszył się większym poparciem liderów związku niż jego
„drugiego szeregu”. WZZ adresowały swą działalność do środowiska
robotniczego Wybrzeża, ale brak było w ich grupie autentycznych
robotników. Postanowiono tę sytuację zmienić, dopisując do składu
Komitetu Założycielskiego m.in. nazwisko Wałęsy (a także np. Jana
Karandzieja). Ani jeden, ani drugi z samym założeniem WZZ nie miał nic
wspólnego.
Wałęsa był dla liderów WZZ kandydatem wymarzonym. Robotnik, ojciec
wielodzietnej rodziny, i co najważniejsze – pracownik wyrzucony ze
Stoczni Gdańskiej. Mógł służyć wręcz za związkowy plakat reklamowy,
nawet jeśli nie należał do najaktywniejszych – w akcjach ulotkowych czy
też obrony związkowych kolegów.
Na jednym ze spotkań w mieszkaniu Joanny i Andrzeja Gwiazdów Wałęsa
poruszył temat Grudnia ’70 i wyznał niespodziewanie, że podczas
ówczesnego zatrzymania przez SB identyfikował na pokazanych mu
zdjęciach i filmach stoczniowych kolegów. Wypowiedź ta została
zarejestrowana na taśmie magnetofonowej. Była jego pierwszą, ale nie
ostatnią dotyczącą współpracy z SB – z tym, że potem zmieniał
wielokrotnie szczegóły swej relacji. Wówczas o podpisywaniu żadnych
papierów nie mówił.
Liderzy grupy przekonywali, że skoro sam to powiedział,
zapewniając, że jego działanie było krótkotrwałe, należy o tym
zapomnieć i oceniać go przez pryzmat jego późniejszych zadań. Wśród
szeregowych członków WZZ wyznanie to wywołało jednak szokujące wrażenie
– chodziło przecież o denuncjowanie, z czego wynikły potem dla nich
poważne konsekwencje. Ówczesne oświadczenie Wałęsy jest faktem. Chyba
że założymy, że wszyscy świadkowie zmówili się, powodowani jakąś
wczesną, niesłychaną nienawiścią wobec Wałęsy. Późniejsze jego wściekłe
ataki na wszystkich świadków nie zmieniają sytuacji. „Kłamstwa o jego
rzekomej współpracy” pochodzą od niego samego. Sprawę tę rychło
przysłoniły przygotowania do Wielkiego Strajku, ale między szeregowymi
członkami WZZ a Wałęsą powstał pewien dystans. Późniejsze wydarzenia
spowodowały tylko jego wzrost, a w czasie samego strajku, wobec
zachowania Wałęsy, sięgnęły rozmiarów kryzysu.
Tymczasem przygotowania szły pełną parą. Zrobiono ulotki. Żądano na
nich po pierwsze podwyżek, po drugie przywrócenia do pracy Anny
Walentynowicz, a także upamiętnienia specjalnym pomnikiem ofiar Grudnia
’70. Wbrew później pojawiającym się twierdzeniom, w punkcie drugim nie
było mowy o przywróceniu do pracy także Wałęsy. Wręcz prosiło się o to,
ale Wałęsa się nie zgodził. Nie uczynił tego z powodu jakichś obaw, ale
dlatego, że wówczas, na pięć przed dwunastą, zaczął raptem przekonywać
wszystkich, by strajku nie organizować. Doszło do kłótni. Wałęsa nie
chciał, aby jego nazwisko znalazło się na ulotce, bo nie chciał samego
strajku. Wiedzą o tym tylko ci, którzy byli wówczas w centrum wydarzeń.
Wałęsę trzeba było wtedy, gdy wszystko zostało już ustalone,
przygotowane, a kilkadziesiąt osób nie miało żadnych wątpliwości,
gorąco przekonywać, aby strajk zorganizować. Jego – wyznaczonego na
strajku przywódcę, później opowiadającego, jak sam „przy skromnej
pomocy papieża i niejakiego Ronalda Reagana obalił komunizm” – pisze
autor wystąpień.
Wałęsa usunął się wówczas w cień i wypłynął ponownie w czasie
samego strajku. Jednak szeregowi członkowie akcji przestali już na
niego liczyć. Przyszłe wydarzenia potwierdziły te obawy. Spóźnienie się
Wałęsy na strajk motywuje on słynną koniecznością przeskakiwania przez
płot. Brzmi to dziwacznie – bo przed nim znalazło się w stoczni wiele
osób niebędących pracownikami zakładu. Nie mieli żadnych trudności z
normalnym wejściem do stoczni. W każdym razie Wałęsa znalazł się w
końcu w stoczni i przyłączył do strajkujących, z których trzech
należało do WZZ. Wzniósł parę okrzyków i już stał się przywódcą.
Mało kto jednak wie, co wydarzyło się potem. Wszyscy byli zgodni,
że zasadniczym elementem akcji jest obieg informacji, zwłaszcza że
zaczęły już strajkować inne zakłady. Należało jak najszybciej uruchomić
stoczniową drukarnię. Wałęsa jednak kazał drukarnię zamknąć i postawił
przed nią straż. Do dziś nie wytłumaczył tej zdumiewającej decyzji. O
jakiejś „pomyłce” nie mogło być mowy. Rozpoczęto więc przewóz ulotek ze
Stoczni Gdyńskiej, próbowano tego nawet drogą wodną, bo część
kolporterów została zatrzymana i pobita. Drukarnia w Gdyni została
natychmiast otwarta. Ta w Gdańsku była przez tydzień zamknięta. Autor
wspomnień wraz z kolegami musiał uczyć stoczniowców prymitywnej metody
wydruku z użyciem wałków.
To wówczas związkowiec Andrzej Butkiewicz, mówiąc o Wałęsie,
powiedział kolegom niemal proroczo: on położy ten strajk. Wałęsa
uczynił to już trzeciego dnia, działając w całkowitej sprzeczności z
wcześniejszymi ustaleniami. Późniejsze tłumaczenia, że zachował się
tak, bo dyrektor dołączył do negocjujących osoby z dyrekcji, nie brzmią
przekonująco. Wałęsa (i stoczniowcy) byli już w pełni panami sytuacji.
Na zgodę dotyczącą wyłącznie podwyżek mógł się po prostu nie zgodzić.
Zwłaszcza że chodziło wówczas także o solidarność z innymi, mniejszymi
zakładami. Po rozmowach w dyrekcji Wałęsa z wielkim zapałem otworzył
okno, oświadczając, że strajk jest wygrany, bo uzyskano podwyżki, i
wszyscy mogą iść do domu (uzyskano też zapewnienie dotyczące tablicy –
zamiast pomnika – ku czci ofiar Grudnia ’70 i to było wszystko).
Sprawa przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz też nie została
załatwiona przez Wodza. To grupa stoczniowców zmusiła dyrektora do
wysłania po nią samochodu. „Pogromcę komunizmu” całkowicie zadowoliły
podwyżki. Spełniły się najgorsze oczekiwania młodych związkowców.
Wałęsa rozbił strajk i zniknął. Sytuacja stała się dramatyczna. Tylko
dzięki młodym dziewczynom z WZZ i Ruchu Młodej Polski, a zwłaszcza
Aliny Pieńkowskiej, która z ogromną determinacją przekonywała ostatnią
grupę stoczniowców do pozostania, udało się sprawić, że strajk nie
upadł definitywnie. Wałęsy już to nie interesowało.
Gdy rankiem do stoczni zaczęli przybywać pracownicy (a także
delegaci innych zakładów), sytuacja była krańcowo niejasna, a nawet
dramatyczna. Panował chaos. Anna Walentynowicz stanęła na wózku i
robiła co mogła, by skłonić stoczniowców do kontynuowania akcji. Wtedy
do Bogdana Borusewicza przyszła grupa młodych stoczniowców. Byli
skłonni strajk kontynuować, ale jak powiedział jeden z nich, „ludzie za
babą nie pójdą”. Zaczęto wybierać nowego przywódcę strajku, ale kłopot
był w tym, że większość członków WZZ stała na czele akcji
protestacyjnych w innych zakładach. Z gdańskiego Przymorza przywieziono
Jana Karandzieja. Znaleziono kilku innych. Zaczęto dyskutować, kto
będzie najlepszym kandydatem. I wówczas, nagle, pojawił się znowu
Wałęsa. Kolegów z WZZ nie był już w stanie niczym zaskoczyć.
Skłaniano go jednak do tego, aby chociaż przemówił do ludzi, do
czasu wyboru przywódcy. Odmówił zdecydowanie, i to dwukrotnie. Ktoś z
tłumu krzyknął, że jest agentem. Było wielu świadków tej sceny. Jak
opisuje autor wspomnień, niezwykle zdenerwowany Bogdan Borusewicz
[niewykluczone, że dzisiaj zdarzenia te by bagatelizował – J.K.]
przypomniał Wałęsie, co w przeszłości zrobiły dla niego WZZ i że jest
im winien przynajmniej tyle, by ratować strajk, który rozbił. Wałęsa
raz jeszcze odmówił. Ale w tym momencie na placu było już wielu
stoczniowców. Nie rozumieli, co się dzieje. Po dłuższym zamieszaniu
ktoś wepchnął Wałęsę na wózek, a z tyłu zaczęto skandować jego imię.
Nie miał już wyjścia. Wkrótce ponownie był „wodzem”. Członkom WZZ
pozostało już tylko pilnować, by nie rozbił strajku ponownie; i
rzeczywiście także później doszło do wielu incydentów.
Reszta jest znana. Powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. A
fama Wałęsy, także poza Wybrzeżem, a nawet Polską, stale narastała.
Tylko zorientowani wiedzieli, jak było, i ich, delikatnie mówiąc,
nieufność do Wałęsy pozostała już na stałe. Jednak dla wielu milionów
stał się już symbolem, wielkim rewolucjonistą. Sytuacja była nie do
naprawienia.
Po zakończeniu strajku odbyło się zebranie członków WZZ. Wałęsa
oczywiście nie przybył. Zgoła jednogłośnie zażądano od liderów, by
natychmiast wycofali Wałęsę z przywódczej roli tworzącej się
„Solidarności”. Jednak wobec percepcji w kraju nie było to już realne.
Grupa kilkudziesięciu osób dokładnie znających sprawę nie liczyła się.
Liczyła się Polska, miliony, które ani wydarzeń, ani zachowania Wałęsy
nie znały. Usunięcie „rewolucjonisty wszech czasów”, „przywódcy ponad
przywódcami” oraz „antykomunisty nr 1” (sic!) mogło tylko zaszkodzić
sprawie, wciąż na terenie całej Polski niepewnej.
A Wałęsa, już niezwykle mocny, rozpoczął nie tyle dalszą walkę z
komunizmem, ile usuwanie z gdańskiej centrali wszystkich potencjalnych
rywali – członków WZZ, prawdziwych organizatorów Wielkiego Strajku,
najbardziej zasłużonych, bo początkowych, faktycznych twórców Sierpnia.
Niektórych mógł tylko usunąć na boczny tor, ale czystka, niekiedy
dokonywana niezmiernie brutalnie, w zasadzie bez jakichkolwiek
pretekstów – powiodła się. Wydaje się, że w tej chwili jest mniej
istotne, czy Wałęsa (jak się chwalił wobec przedstawicieli MSW w 1982
r.) „wyrzucił wszystkich, którzy się wam nie podobali”, czy też po
trupach dążył do jedynowładztwa. Pozbywanie się znanych osób połączone
było z jednoczesną ich dyskredytacją, także na przyszłość, na stałe.
Wałęsa rychło rozpoczął też inną działalność, o której motywach
można tylko spekulować. A mianowicie zatrudnianie na wyższych
stanowiskach oczywistych dla wszystkich ubeków. To był nie tylko
Wachowski, ale wiele innych osób. Przeciw zatrudnieniu niejakiej
Celejewskiej (na stanowisku szefa kadr) zaprotestowała cała Komisja
Zakładowa MKZ (ok. 130 ludzi). Wałęsa po prostu Komisję rozwiązał. Owa
Celejewska współpracowała potem ochoczo z komunistycznymi służbami
likwidującymi majątek „Solidarności”. Gdy autor wspomnień po
zakończeniu stanu wojennego odbierał od niej dokumenty, zapytała z
przekąsem: no i co, panie Leszku, warto było dla tej »Solidarności« tak
się poświęcać?.
Wałęsa uwielbiał z jakichś przyczyn otaczać się podobnymi ludźmi.
A usuwać i obrzucać wyzwiskami tych, którzy tworzyli wolny ruch
związkowy. (Robił to i za czasów swej prezydentury). Dalsze koleje losu
Wodza są znane. Warto jednak to krótkie, ale istotne, bo ukazujące
moment „narodzenia legendy” wspomnienie uzupełnić paroma uwagami. Mimo
burzliwości i zmienności tych losów – zawsze wszelako, jak na pogromcę
komunizmu przystało, w różnych latach i okresach demonstrował swą
niechęć do antykomunizmu (aż do czasu, gdy uznał, że pożyteczne będzie
określanie się jako pogromca komunizmu; okres apelowania o tzw.
przyśpieszenie był wyłącznie oportunistycznym chwytem).
We wstępie wspomnień autor formułuje trzy podstawowe tezy. Po
pierwsze stwierdza, że nie czuje się odsunięty, niedoceniony, lecz
zadowolony z życia i ze wspomnień, które zachował (mieszka obecnie w
USA). Ten standardowy argument wielbicieli fałszu uznaje, słusznie, za
„żałosny”. Po drugie rozprawia się, nazywając rzecz wprost, z mantrą:
„nawet jeśli Wałęsa coś w przeszłości przeskrobał, to późniejsze
zasługi” itd. Owe twierdzenie o „późniejszych zasługach” nazywa
podstawą sporu. I nie chodzi tu nawet o jakieś esbeckie związki Wałęsy,
epizody czy nie epizody – ale o ogólną ocenę i charakteru, i działań
Wałęsy. W czasach, które opisuje, i potem. Wreszcie uwaga podstawowa:
„Solidarność” to nie Wałęsa. Nigdy nią nie była i post factum się nie
stanie. „Solidarność” to było dziewięć milionów Kowalskich i tysiące
dziś bezimiennych bohaterów. Chociażby Wałęsa swe niebotyczne ego
jeszcze powiększył, nie sprawi, bo sprawić nie może, by zostało to
zmienione na hasło: „»Solidarność« równa się Wałęsa” lub zgoła:
„Niepodległa Polska to Wałęsa”. Nawet gdyby tysiące klakierów,
niekoniecznie z miłości do Wodza, powtarzało to codziennie. Patentowany
nonsens pozostanie nonsensem. Chociaż należy się obawiać, że przyszłe
pokolenia zaakceptują go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Wszelako
jeszcze żyją ci, którzy od podszewki pamiętają tamte czasy.
W tym samym numerze „Arcanów” (lipiec–październik 2006), gdzie
umieszczono stenogram rozmowy Wałęsy z reprezentantami reżimu w
listopadzie 1982 r. (omówiłem go jakiś czas temu pt. „Dobrze żyłem ze
Służbą Bezpieczeństwa”), przedstawiono fragment wspomnień Leszka
Zborowskiego, od 1979 r. członka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża,
o Wielkim Strajku w sierpniu 1980 r.; autor znajdował się wówczas w
centrum wydarzeń, był bezpośrednim obserwatorem poczynań Lecha Wałęsy.
Dlaczego omawiam wspomnienia Leszka Zborowskiego? Otóż dla wiedzy.
Nie chodzi mi przy tym, co zresztą stwierdzam w tekście, o wykazywanie
takich czy innych powiązań Wałęsy. Wówczas czy potem. Istotne jest
natomiast ukazanie jego zachowania w czasie największej próby. Było
zapowiedzią wszystkich jego późniejszych posunięć. Tłumaczy bardzo
wiele. A pozostaje praktycznie nieznane. I czy było powodowane obawą
przed ujawnieniem jakiegoś papierka, czy czymś gorszym, lub jego
przyczyną było tchórzostwo, analfabetyzm polityczny bądź maniakalna
megalomania, oceny tej postaci nie jest w stanie zmienić. Nie mam
zamiaru ani chęci podważać legendy czy też symbolu. Już dawno
stwierdziłem, że to rzecz beznadziejna. Chociażby Wałęsa popełnił
jeszcze dziesiątki szaleństw, a jego kompleks ważności i wyższości
wzrósł jeszcze bardziej, symbolem pozostanie. Także za granicą, która
praktycznie nie zwraca uwagi na nasze wewnętrzne awantury. Doskonale
wiedzą to i ci, którzy rzekomo broniąc Wałęsy (obrzucanego przez nich
najgorszymi wyzwiskami, gdy na krótko wystąpił przeciw Michnikowi i
Towarzystwu), walczą w istocie o panowanie nad pamięcią, czyli o
władzę. To jednak pozostawiam dziś na boku.
Obiecywałem spory czas temu nie pisać więcej o Wałęsie. Wydawało
mi się, że poza tym, iż jest to zawracanie kijem Wisły, on sam
kompromituje się wystarczająco. Jednakże, kiedy jako pretekst czy nie
pretekst akcji o większych, szerszych celach zaczęto nagle bełkot
Wałęsy brać poważnie, nobilitować, nie mogłem nadal milczeć. Stał się
„autorytetem” z prostej przyczyny – bo jest przeciwnikiem Kaczyńskich.
Gdyby był ich zwolennikiem, nawet najmniejszej awantury by nie było.
Zdenerwował mnie też refren tych, którzy bronią prawdy, ale podkreślają
zarazem niezwykłe, niebotyczne, trudne do wymierzenia zasługi Wałęsy.
Lub wręcz nazywają go „ojcem”.
Cytowane wspomnienia potwierdza wiele źródeł. Mówią chyba same za
siebie. Nie spowodują zmiany zdania tych, którzy wówczas z oddali czy
też z zagranicy uznali raz na zawsze, że Wałęsa to bohaterski
przywódca, który niemal jednoosobowo utworzył „Solidarność” i zmienił
bieg wypadków. Legenda pozostanie legendą. Nic to. Wiedza, prawda –
chociażby były ulotne i mało się zmieniły, są wartością samą w sobie.
Jak są ulotne, przekonamy się zapewne za rok, gdy będzie się obchodzić
20-lecie odrodzenia „Solidarności” (a może nawet 20-lecie osobistego
sukcesu „wielkiego przywódcy”, który doprowadził do pojednania z
komunistami). Nikt już nie pamięta, że reżim nie zgodził się wówczas na
reaktywowanie „Solidarności”. Powstała nowa, od nowa rejestrowana, już
w pełnej krasie, bez elementów niekonstruktywnych, za to z udziałem
tych, których Zjazd „S” w 1981 r. do żadnych władz związku nie dopuścił
– Michnika, Geremka itd.
Pozwolę sobie niejako przy okazji na parę osobistych uwag. Moje
zaufanie do Wałęsy trwało niezwykle krótko. Pamiętam, jaki byłem
wściekły nie tylko dlatego, że ów Nobel był o rok spóźniony, ale
głównie z tego względu, że przyznano go Wałęsie, a nie NSZZ
„Solidarność”. Później obserwowałem zachowanie Wałęsy np. po śmierci
księdza Jerzego. Deklarowanie przed częściowymi wyborami 1989 r.
pospołu z Jaruzelskim potrzeby karczowania chwastów – szczeniaków
wykrzykujących niezrozumiałe hasła antykomunistyczne, czyli zdaniem
Wałęsy anarchistów.
Rządy Mazowieckiego (i wybranego głosami solidarnościowego OKP
prezydenta Jaruzelskiego) były dla kogoś, kto pragnął dekomunizacji
kraju i przynajmniej odrobiny tak niezbędnej wówczas śmiałości
politycznej – koszmarem. Głosowałem więc na Wałęsę, sądząc, że chociaż
trochę coś się w tym względzie zmieni. Pochlebiam sobie jednak, że
granicy nie przekroczyłem – tj. Wałęsy nie opiewałem. Leitmotivem mej
ówczesnej publicystyki było hasło: „każdy tylko nie Mazowiecki”. Mimo
to na łamach pisma LDP „Niepodległość” rozgorzała polemika. Niektórzy
koledzy profetycznie stwierdzali wprost – „Przecież Wałęsa zdradzi”.
Nie sądzę jednak, by ktokolwiek przypuszczał, że prezydentura
Wałęsy będzie tak makabryczna, najgorsza z możliwych. Pogodził się
rychło z Michnikiem i towarzyszami, otoczył ubekami. Postać
Wachowskiego była sygnałem jednoznacznym (dwie udokumentowane książki
na jego temat też już są zapomniane). Złota szabla dla politruka
Kołodziejczyka, postawa wobec baz sowieckich – nie warto wymieniać
więcej. Wielki protest przeciw rządom Wałęsy nie był udziałem
Kaczyńskiego i paru sfrustrowanych polityków. Kto zna Warszawę, pojmie
jego rozmiary – gdy czoło pochodu składającego się z ludzi z całej
Polski docierało do Belwederu, jego koniec znajdował się jeszcze na
placu Trzech Krzyży. Zamiast dokonać dezubekizacji, dekomunizacji,
Wałęsa zamazał do reszty wszystko.
A ja już w „GP” nr 1 napisałem, co sądzę o Wałęsie. M.in.
zauważyłem, że w tak nietypowym miejscu, jak dedykacja książki
ofiarowanej Gierkowi, de facto przyznał się do „incydentu”. I chociaż
nie przypuszczałem, że Polacy w większości zezwolą Kwaśniewskiemu
rządzić dwie kadencje, przyznam bez najmniejszego wstydu, że wybory
między nim a Wałęsą – zbojkotowałem. Nigdy już i w żadnych
okolicznościach na Wałęsę bym nie zagłosował. Zresztą, ile głosów
otrzymał podczas ostatniej swej próby – 1 czy też 1,5%?
Wydawało się, że przynajmniej za życia pokolenia, które jeszcze coś
pamięta, jakieś elementarne proporcje, elementarna ocena wydarzeń 1980,
1981 czy też 1989 r. została przywrócona. A tu raptem okazało się, że
Wałęsa na powrót jest „autorytetem”. Nie zamierzam „specjalizować się w
Wałęsie”, bo – napiszę coś zapewne wbrew zgoła wszystkim – nie jest
moim zdaniem tego wart. Ale w chwilach takich jak obecna od prawdy
uciekać nie zamierzam. Natomiast do zmiany zdania o osobie rzekomego
„pogromcy komunizmu” nikt i nic mnie nie skłoni.
Jacek Kwieciński
--
"W
całej tej opowieści o Lechu Wałęsie, którą powtarzacie, choćby to
wszystko naprawdę się wydarzyło, mimo to jest to nieprawda”. - Adam
Michnik